Równość to nie Excel. To struktura
Równość w debacie publicznej coraz częściej przypomina arkusz kalkulacyjny. Kilka liczb, kilka procent, kilka porównań i szybki werdykt: kto ma gorzej. Tyle że życie nie działa w Excelu. Działa w domach, w pracy, w szpitalach i w portfelach.
Czy kobietom naprawdę przeszkadzałby krótszy wiek emerytalny mężczyzn? To pytanie rzadko w ogóle pada, a jeśli już, to zwykle w tonie oskarżenia. Tymczasem odpowiedź bywa prosta: nie. Wielu kobietom to nie przeszkadza. Mnie też nie.
Mężczyźni w Polsce zarabiają statystycznie więcej. Częściej mają ciągłość zatrudnienia i częściej mają możliwość odkładania pieniędzy poza ZUS-em. Sam system emerytalny wysyła zresztą jasny sygnał: nie licz na nas. Bo jeśli ktoś całe życie pracuje za najniższą krajową, to doskonale wie, że emerytura rzędu tysiąca złotych nie jest żadnym zabezpieczeniem. Jest iluzją.
Nikt w Polsce realnie nie planuje przyszłości pod ZUS. Ludzie nie odkładają na emeryturę z ZUS-u, tylko mimo ZUS-u. Wiedzą, że system jest niewydolny, że składki nie gwarantują bezpieczeństwa i że przyszłość i tak trzeba zabezpieczać samemu. ZUS o tym wie. Państwo również. Dlatego coraz częściej zamiast rozmowy o jakości życia słyszymy o podnoszeniu wieku emerytalnego.
Bezrobocie wciąż jest realnym problemem, szczególnie w mniejszych miastach, wśród młodych i wśród kobiet. Jednocześnie utrzymuje się narrację, że trzeba pracować dłużej, jakby ilość pracy była nieskończona. Nie jest. Jeśli starsi pracują coraz dłużej, młodsi wchodzą na rynek później. Jeśli młodsi wchodzą później, odkładają decyzje o dzieciach. To nie jest ideologia. To zwykła logika.
Nawet w Chinach podnosi się wiek emerytalny. Efekt jest prosty: młodzi ludzie nie decydują się na dzieci. Nie dlatego, że nie chcą. Dlatego, że nie mają zaplecza. Babcie nie są na emeryturze. Nie da się jednocześnie pracować na pełen etat, wychowywać dziecka i funkcjonować bez wsparcia opiekuńczego.
Opieka nie jest prywatną sprawą, choć system bardzo chciałby, żeby taką była. Kto ma zająć się dzieckiem, kiedy oboje rodzice pracują? W teorii rynek i państwo. W praktyce rodzina. A jeśli starsze pokolenie pracuje do późnej starości, młodzi po prostu rezygnują z rodzicielstwa. Nie z wygody. Z realizmu.
W tej debacie niemal nie słychać głosu kobiet pracujących na pół etatu, a to one widzą problem najostrzej. Praca na pół etatu to często próba pogodzenia wszystkiego naraz. To niższe składki, mniejsza emerytura i większe ryzyko ubóstwa na starość. To nie jest komfort. To strategia przetrwania.
Ludzie wcale nie chcą pracować aż tyle. Chcą stabilności. Ale rachunki nie zapłacą się same. Czynsz nie poczeka. Jedzenie nie stanieje. Więc pracują nie dlatego, że chcą, tylko dlatego, że nie mają wyjścia.
I tu wracamy do struktury. Równość nie polega na tym, żeby wszyscy pracowali dłużej, byli bardziej zmęczeni i chorowali tak samo. Równość polega na tym, żeby praca była dzielona sensownie, opieka była uwzględniona, zdrowie nie było luksusem, a starość nie była karą.
Jeśli jedynym rozwiązaniem, jakie potrafimy zaproponować, jest wydłużanie pracy i przerzucanie kosztów na ludzi, to problemem nie są ani kobiety, ani mężczyźni. Problemem jest system, który nie umie wyobrazić sobie życia inaczej niż w trybie przetrwania. A żaden Excel tego nie naprawi.
