Chciał mnie w skórach. A ja miałam zapłacić za jego fantazję
Dostałam od niego czapkę ze skóry. Prezent urodzinowy. Tak, czapkę. Skórzaną. Wybrała mu ją jego mama.
To było urocze i niepokojące jednocześnie – jak większość naszych randek. On chciał mi coś dać, to jasne. Ale gdzieś pomiędzy „daję ci prezent” a „moja mama to wybrała” zgubiła się jakaś inicjatywa, jakaś znajomość mnie. I może jeszcze odrobina taktu.
Ale prawdziwe zaskoczenie przyszło chwilę później. Rzucił mimochodem, że mogłabym chodzić w skórach. Że wyglądałabym świetnie. A potem, gdy odruchowo odpowiedziałam, że skóry są drogie i że mam inne wydatki, rzucił coś w stylu: „To sobie zarobisz.”
Oto romantyczna wizja XXI wieku: ty sobie zarobisz, żeby ubierać się pod moje fantazje.
Nie byłam wtedy bogata. Dopiero zaczynałam w zawodzie, opłacałam rachunki, żyłam praktycznie. Nie miałam potrzeby grać roli kobiety z motocyklowego snu. Zwłaszcza że on sam był drobny, nosił koszule w kratę i znikał przy większym wietrze. Kobieta w skórach pasowałaby do niego jak pięść do oka. Ale widocznie o tym nie myślał. Miał obraz. I chciał, żebym się w niego zmieściła. Na własny koszt.
To nie był tylko pomysł na styl. To była sugestia: chcę, żebyś była kimś innym. Seksowniejszą wersją ciebie. Zrób coś z tym.
Z perspektywy czasu wiem jedno – gdybym naprawdę ubrała się w skóry, nigdy nie poszlibyśmy razem na randkę. Taka kobieta szuka sobie partnera, który ją rozumie. A nie takiego, który wyciąga swoje niezrealizowane fantazje jak z katalogu i mówi: „Przymierz, może ci się spodoba”.
