Zanim życie się zacznie, już masz dość
Nie chodzi o to, że ktoś nie chce pracować. Albo że szuka wymówki, żeby się nie starać. Chodzi o to, że wielu ludzi – coraz młodszych – jest zwyczajnie zmęczonych. Jeszcze przed trzydziestką, jeszcze przed startem, już mają dość. Tego biegu, tej presji, tej nieustannej walki o byt. I tego, że nikt ich nie ostrzegł, że życie to nie droga, tylko tor przeszkód z karą za każde potknięcie.
Wchodzisz w dorosłość i od razu słyszysz: musisz pracować, inwestować, planować, budować markę osobistą, znać się na finansach, mieć CV w PDF-ie, LinkedIn w wersji premium i portret psychologiczny na terapii co drugi wtorek. A potem jeszcze obiad, bo trzeba dbać o zdrowie. I związek, ale tylko zdrowy. I pasję, bo bez pasji nie żyjesz. I urlop, ale aktywny. Bo lenistwo to grzech.
Nie masz 25 lat, a czujesz się jak emeryt po czterech wypaleniach. Jak człowiek, który już raz całe życie przeżył – i drugi raz nie ma siły.
Co gorsza, nie widać żadnego końca. Pokolenie dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków to nie są ludzie, którym „nie chce się pracować”. To są ludzie, którym już się wszystko zlewa. Praca nie daje stabilizacji. Relacje nie dają oparcia. A pasje? Przekształca się je w monetyzację, bo inaczej są stratą czasu. Wszystko jest niepewne – nie wiesz, kiedy wylądujesz na lodzie. Czy to koniec projektu, czy rozwód – trzeba mieć zabezpieczenia. Więc pasja, która jeszcze wczoraj była oddechem, dziś staje się planem awaryjnym. Nie można po prostu popracować kilka godzin dziennie i korzystać z życia. Trzeba ciągle kombinować. A przecież pasja, która po prostu jest, nie jest stratą czasu. To radość. Taka sama, jak ta, która czasem daje pieniądze. O ile masz szczęście – i nie zamieni się w piekło, bo właśnie zacząłeś na niej zarabiać.
Zostajesz więc z kalendarzem pełnym zadań i głową pełną lęku. Bo ceny rosną, oszczędności topnieją, mieszkania są z kosmosu, a umowy – z piekła. A jak nie masz jeszcze sukcesu, to znaczy, że marnujesz czas. Albo, że „nie chcesz wystarczająco mocno”.
Tymczasem większość z nas chce bardzo. Tylko mało kto jeszcze może. Albo ma z czego zacząć. Bo żeby coś zbudować, trzeba mieć przynajmniej kawałek gruntu. A wielu ludzi nawet nie dostało kawałka bezpieczeństwa.
Ile można udawać, że wszystko ogarniasz? Ile można mówić „dam radę”, gdy w środku masz tylko chaos i niedosypianie?
Zmęczenie młodych ludzi to nie jest lenistwo. To objaw chronicznego przebodźcowania. Presji z każdej strony. Braku odpoczynku. I samotności – tej, której nie widać, ale czuje się ją codziennie, gdy patrzysz na ekran i masz ochotę wszystko wyłączyć.
Nie każdy ma siłę wstać rano z myślą, że „to będzie dobry dzień”. Dla niektórych każdy dzień to tylko kolejne zadanie do odhaczenia. Kolejny test, czy jeszcze się nie rozpadli.
Nie da się być zmotywowanym, jeśli nie wiesz, czy będzie cię stać na przyszły miesiąc. Nie da się planować dzieci, gdy nie możesz wynająć kawalerki bez stresu. Nie da się mieć energii do działania, gdy jesteś ciągle na granicy.
A może właśnie to trzeba w końcu powiedzieć:
że wypalenie nie zaczyna się po trzydziestce.
Czasem zaczyna się zaraz po studiach. Albo w liceum.
Bo świat, który miał dawać możliwości, zaczął zabierać nadzieję.
