Włosy pod pachami – problem z reklamy czy realna potrzeba?

Włosy pod pachami. Samo brzmienie tematu wywołuje uśmiech, skrzywienie albo automatyczny gest w stronę maszynki. Ale spójrzmy w lustro historii: do początku XX wieku nikomu nie przyszło do głowy, że pachy trzeba traktować jak wroga publicznego numer jeden. Dopiero Gillette zorientowało się, że mężczyznom sprzedali już wszystko, co się da, i trzeba znaleźć nowy rynek. „Milady Décolleté” – pierwsza maszynka dla kobiet z 1915 roku – weszła na salony razem z modą na sukienki bez rękawów. I bach: włosy stały się obciachem, gładkość – obowiązkiem. 

Reklamy nie tyle odpowiadały na potrzeby, co je tworzyły. Nagle „higiena” zaczęła znaczyć „brak włosów”. Nagle „elegancja” wymagała codziennego golenia. A kto nie golił, ten ryzykował łatkę zaniedbanej. 

Problem w tym, że marketing rozwiązał coś, co wcale nie było problemem – a zostawił coś, co realnie boli. Bo golenie pach nie kończy się na satynowej gładkości z reklamy. Kończy się swędzeniem, podrażnieniem, czerwonymi kropkami i wrastającymi włosami. I tu już cisza. Zamiast prostego, uczciwego kremu „po goleniu dla pach”, dostajemy kolejne dezodoranty, żele z jedwabiem, pianki z aloe vera. 

W Ja golę, bo dłuższe włosy przeszkadzają mi fizycznie – nie dlatego, że ktoś sto lat temu wymyślił, że kobieta powinna. I za każdym razem zastanawiam się, czemu rynek, tak czujny na kobiece „potrzeby”, nie wymyślił jednego banalnego produktu: neutralnego balsamu do pach. Bez kwiatowych zapachów, bez obietnicy 48-godzinnej ochrony, po prostu czegoś, co złagodzi pieczenie. 

Ale może właśnie o to chodzi. Bo włosów miało nie być – a swędzenie zostało.


Kobieta w sklepie sięga po portfel z torebki, odsłaniając nieogolone pachy, obok niej zaskoczony mężczyzna – pytanie o naturalność i wpływ reklam.