Kiedy stajesz się felietonistą, a nikt ci nie wręcza legitymacji
Nie było fanfar. Nie zadzwoniła żadna gazeta. Nie przyszedł mail z akredytacją ani propozycja współpracy. A jednak — pewnego dnia otwierasz panel, patrzysz na publikację numer pięćdziesiąt dziewięć, w kolejce czeka kolejnych dziewiętnaście, i myślisz: czy to już?
Czy trzeba jeszcze coś więcej, żeby nazwać się felietonistą?
Spoiler: nie trzeba.
Nie trzeba mieć wykształcenia kierunkowego ani redaktora za plecami. Nie trzeba dostać się do środowiska, w którym wszyscy piszą o tym samym, tylko innymi słowami. Nie trzeba niczyjego błogosławieństwa, żeby pisać o tym, co drapie cię pod skórą.
Wystarczy, że piszesz. Regularnie. Uparcie. Z przekonaniem, że słowo coś znaczy. I że to ty ponosisz za nie odpowiedzialność.
Bo felieton to nie dekoracja. To forma wolna, ale wymagająca. Niby osobista, a jednak rezonująca z tym, co zbiorowe. Felietonista to nie ten, kto wie lepiej. To ten, kto obserwuje dokładniej i nie boi się mówić po swojemu.
Dziś każdy może założyć blog. Ale nie każdy wytrwa. Nie każdy zachowa spójność, rytm, charakter. A już na pewno nie każdy zrezygnuje z komentarzy, lajków i relacji, żeby zostawić sam tekst – bez wizerunku, bez selfie, bez głosu z offu. Tylko słowa.
I nagle okazuje się, że nawet bez legitymacji, bez logo redakcji w stopce, bez tysięcy followersów – jesteś. Piszesz. I ktoś to czyta. Nie lajkuje. Nie reaguje. Ale zostaje na stronie. Przewija dalej. Pobiera e-booka. Wraca.
To moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że nie musisz już zostać felietonistką.
Jesteś nią. Bo piszesz. I to wystarczy.
