Nie chodzi o wygląd. Dopóki nie chodzi o wygląd.
– Szukam kogoś do rozmowy, nie patrzę na ciało – napisał.
– Szukam połączenia dusz – dodał.
– Masz może jeszcze jakieś zdjęcie? Najlepiej full body.
I tak oto zaczyna się taniec godowy XXI wieku. On mówi jedno, chce drugie, a potem udaje trzecie. Bo przecież nie wypada przyznać, że ocenia po wyglądzie. Lepiej zapytać o sylwetkę w stylu: „Chodzi mi o wrażenie całości”. Najlepiej z dopiskiem „ale bez ciśnienia”.
Miał moje zdjęcia. Zresztą, od nich zaczęło się całe jego zainteresowanie. Ale zdjęcia portretowe to za mało. Chciał full body.
Napisałam, że nie mam. Nie mam też dużego lustra, żeby sobie zrobić.
Temat wracał. Subtelnie, natarczywie, owinięty w bawełnę.
I w końcu pękło:
– No przecież oczywiste, że nie chcę kobiety extra large.
Aha.
Właśnie dlatego o to pytał. Chciał się upewnić. Zrobić sobie test jakościowy. Delikatnie, by nie urazić, ale dość uparcie, by uzyskać dane. Coś jak w korporacji: „Nie chodzi o liczby, tylko o człowieka – ale KPI muszą się zgadzać”.
Miał wybór – mógł powiedzieć od razu, że lubi krągłości, ale w granicach własnej tolerancji estetycznej.
Mógł powiedzieć: „Jestem wzrokowcem, wygląd ma dla mnie znaczenie”.
Nie powiedział. Bo wtedy wyszłoby na to, że szuka nie duszy, a figury.
I tak właśnie działa randkowanie w czasach deklaratywnej poprawności:
– mówimy, że chcemy autentyczności,
– testujemy ludzi jak produkty,
– a potem dziwimy się, że nikt nie wierzy w intencje.
Nie mam żalu. Mam za to pewność, że nie jestem produktem do przeglądania na Allegro emocji.
I nie zamierzam nikomu udowadniać, że „warto mnie kochać mimo metki z rozmiarem”.
Nie będę się mieścić w cudze widełki.
Nie po to jestem, żeby ktoś mierzył mnie wzrokiem, kiedy sama nauczyłam się mierzyć siebie szacunkiem.
