Mam 19 lat i wszystko mnie boli – o melancholii, która stała się nową tożsamością

Felieton o modzie na depresję, ale i o potrzebie bycia zauważonym.

„Mam 19 lat i wszystko mnie boli” – powiedziała mi ostatnio dziewczyna, którą poznałam przez znajomych. Miała porcelanową skórę, telefon nowszy niż mój i wzrok, jakby patrzyła przez szybę – niby obecna, ale jakby nie całkiem w środku. Zapytałam, co się dzieje. Odpowiedziała: „Po prostu nie widzę sensu”.

Nie miała traumatycznego dzieciństwa. Rodzice żyją. Mieszka w nowoczesnym apartamencie. Studiuje coś, czego nawet nie musi lubić, bo i tak wszystko jest online. Ma czas, ma przestrzeń, ma wszystko – oprócz chęci do życia.

I to mnie właśnie uderzyło: czy naprawdę aż tak wielu młodych ludzi dziś nie chce żyć? Czy to możliwe, że pokolenie bez wojny, bez głodu, bez zakazu posiadania własnego zdania – tak masowo nie chce być tu, gdzie jest?

Mam wrażenie, że melancholia stała się nową tożsamością. Nie pogorszenie nastroju. Nie chwilowy dołek. Stała obecność smutku jako dekoracja wewnętrzna. Smutek jak filtr na Instagramie. Smutek jako waluta wymienna – za uwagę, za akceptację, za kliknięcia. Smutek jako legitymacja do bycia poważnym człowiekiem. Cierpię, więc istnieję.

Nie chcę brzmieć jak boomerska wersja „za moich czasów to się nie narzekało”. Bo narzekało się – tylko po cichu. Ja też miałam myśli samobójcze, zanim wiedziałam, że tak się je nazywa. Tylko że wtedy nie było od tego kontentu, tylko kuchenny nóż i milczenie.

Ale widzę, że dziś problem nie polega tylko na tym, że młodzi cierpią. Problem polega na tym, że nikt nie wie, co z tym zrobić, bo cały świat cierpi w sieci – na oczach wszystkich, a i tak w samotności.

Czy to naprawdę depresja? A może brak struktury, która mówiłaby: „To jest ważne. To mniej. To ma sens.” Może to ciągłe przestymulowanie, które robi z człowieka worek z drgawkami. Może to przemoc empatyczna – bo jesteś zobowiązany do bycia świadomym, wspierającym, zrównoważonym, jednocześnie zbudowanym, wyedukowanym i – oczywiście – autentycznym.

A co jeśli nie jesteś?

Wtedy siadasz. W pozie melancholii. I czekasz, aż coś się wydarzy. A nie wydarza się nic.

I wtedy buduje się to coś, co obserwuję z przerażeniem: smutek jako lifestyle. Nie leczenie, nie diagnoza. Ale codzienna stylizacja na „zniszczony od środka”. Bo tak łatwiej przetrwać świat, który wymaga za dużo i nie daje nic.

I nie, to nie jest hejt. To nie jest kpina. To nie jest tekst z cyklu „ogarnij się, młodzieży”. To jest wezwanie do uwagi. Do spojrzenia głębiej niż estetyka smutku.

Bo młodzi naprawdę cierpią. Ale nie tylko z powodu hejtu, braku lajków i nieodczytanych wiadomości. Cierpią, bo żyją w świecie, który nie dał im fundamentów, nie pokazał kierunku, a potem jeszcze zażądał, by byli szczęśliwi.

Więc jeśli ktoś mówi Ci: „Mam 19 lat i wszystko mnie boli” – nie pytaj „dlaczego?”, tylko usiądź obok i powiedz: „Mnie też kiedyś bolało. I nadal boli. Ale tu jesteśmy.”

To może być pierwszy krok ku czemuś, co nie będzie tylko kolejną estetyką. Tylko jakimś rodzajem wspólnego trzymania się powierzchni.


Młoda kobieta z zamyśloną, smutną twarzą siedzi przy oknie w naturalnym świetle dziennym. Obok niej znajduje się tekst: „Mam 19 lat i wszystko mnie boli”.