Matka natura to suka
czyli jak nie planowałam się zakochać, a jednak zachciało mi się znowu
Postanowiłam być sama. Nie z rozpaczy, nie ze złamanego serca, tylko z rozumu. Bo mam oczy. Bo mam doświadczenie. Bo wiem, że z facetami są tylko problemy: emocjonalny chaos, ciche dni, fochy, których nie umiałabym odtworzyć nawet w notatniku. Więc co robi rozsądna kobieta? Stawia granice. Bierze głęboki oddech. I mówi: koniec. Będę sama. Będzie mi dobrze.
No i było. Do momentu.
Bo wtedy, jak na zawołanie, pojawia się on. Nie ten, którego musiałabym ratować przed nim samym. Nie ten z problemami z matką, kontem i empatią. Nie. Tym razem natura przysłała mi dżentelmena. Tego miłego, co potrafi być cicho. Co nie gra w gierki. Co przynosi mi herbatę i nie robi z tego wielkiego halo.
I co? I znowu mi się zachciewa.
Nie chcę. Ale ciało nie współpracuje z rozumem. Usta mówią „nie”, ale już się uśmiechają. W brzuchu motyle. W głowie głos: „może to wyjątek”. Hormony wchodzą na scenę i robią swoje jak zawodowe sabotażystki.
Bo jak tu się bronić, gdy po miesiącach spokoju ktoś po prostu jest? Nie pcha się. Nie gada głupot. Tylko jest. I wystarczy, że spojrzy. Albo się zaśmieje. I już — cały plan szlag trafił. Bo natura nie lubi planów. Natura lubi instynkt. Skok dopaminy. Głupie pomysły, które później analizujesz z przyjaciółką przy winie.
Więc czy dam się namówić? Oczywiście, że tak. Z pełną świadomością, że to może się źle skończyć. Ale jakby miało się nie zacząć — to byłoby jeszcze gorzej.
Z naturą się nie dyskutuje. Można tylko liczyć, że tym razem nie zrobi ze mnie idiotki.
