Czy musisz mieć trudne dzieciństwo, żeby być zauważonym?

Dlaczego trauma staje się walutą w internecie? O presji dzielenia się bólem i o tych, którzy czują się niewidzialni, bo nie cierpieli wystarczająco mocno.

Coraz trudniej się przebić. Nie tylko z treścią, ale i z samym sobą. Świat online wymusza narrację. Trzeba mieć historię. Przeżycie. Coś, co przykuje uwagę. Im bardziej bolesne, tym lepiej. I najlepiej, żeby to było z dzieciństwa – bo wtedy winni są inni, a Ty jesteś tylko ofiarą. Taka historia się klika.

Trudne dzieciństwo zaczyna pełnić rolę biletu wstępu do rozmowy o emocjach. Jeśli miałeś przemoc, biedę, alkohol, chłód albo ciągłą nieobecność – to wchodzisz. Możesz mówić, możesz być słuchany, możesz liczyć na współczucie. A jeśli nie? Jeśli było zwyczajnie, spokojnie, może nawet szczęśliwie? To lepiej się nie wychylaj. Bo możesz zostać uznany za kogoś, kto nic nie wie o życiu.

Nie chodzi o to, że ludzie nie cierpią. Chodzi o to, że cierpienie zaczęło działać jak legitymacja. Nie masz jej – nie masz głosu. Nie jesteś brany na serio. Nie dostajesz przestrzeni do wypowiedzi. Wchodzisz w rozmowę o depresji? Lepiej pokaż dowód. Zaczynasz mówić o emocjach? Sprawdzą, czy masz traumę. Nie masz? To przestań się mądrzyć.

Problem w tym, że ta dynamika nie działa tylko w internecie. Ona przenosi się do codzienności. Młodzi ludzie zaczynają się zastanawiać, czy przypadkiem coś z nimi nie tak, skoro nie mają wystarczająco dramatycznych wspomnień. Czują się płascy. Mało interesujący. Bez historii. I zaczynają podważać własną wartość.

To nie jest czcze narzekanie. To efekt kultury, która podmieniła empatię na punktację bólu. Przeszedłeś więcej – masz większy głos. A jeśli nie przeszedłeś niczego spektakularnie złego? Jesteś nudny. Tło. Publiczność.

I tu robi się niebezpiecznie. Bo zaczynamy uczyć się, że cierpienie to coś, co warto mieć. Że wartość człowieka rośnie, gdy jego życie przypomina piekło. Że dopiero wtedy zasługuje na uwagę. To nie tylko wypacza narrację – to wypacza psychikę. Skoro cierpienie działa – to znaczy, że szczęście się nie opłaca. A skoro tak, to może nawet nie warto go szukać.

Niektórzy zaczynają więc… doklejać sobie cierpienie. Półprawdy, podrasowane wspomnienia, dramatyzowane wątki. Inni za to siedzą cicho – ze wstydem, że nie mają wystarczająco „ciężkiego bagażu”. Tylko że to nie bagaż powinien określać, czy mamy prawo mówić.

Nie trzeba mieć zniszczonego dzieciństwa, żeby być wrażliwym. Nie trzeba mieć traumy, żeby rozumieć świat. Nie trzeba cierpieć, żeby mieć coś do powiedzenia. Ale w dzisiejszym układzie to właśnie cierpienie daje rozgłos.

I nie chodzi o to, żeby teraz kwestionować prawdziwe dramaty i odbierać ludziom prawo do dzielenia się bólem. Chodzi o to, żeby zrozumieć, że brak traumy nie czyni cię mniej człowiekiem.

Ja dużo przeszłam w życiu i nikomu tego nie życzę. Wolałabym mieć spokojne, szczęśliwe, nudne życie i tylko z niego korzystać. Nawet jeśli w wieku 26 lat już byłabym nim znudzona. Cierpienie niszczy człowieka – zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Nie dajmy się zwariować: lepiej nie znać się na życiu niż doświadczyć bólu i upokorzenia.


Czarno-biała grafika z pytaniem w języku polskim: „Czy musisz mieć trudne dzieciństwo, żeby być zauważonym?” na tle smutnej, zamyślonej twarzy młodej osoby.