800+ i długa kolejka do nigdzie: państwo, które mnoży ludzi, ale nie miejsca w poczekalniach
Państwo wymyśliło, że najlepszą metodą na poprawę demografii jest rozdawanie pieniędzy. Nie szukanie przyczyn problemu, nie naprawa fundamentów, tylko prosta matematyka: daj 800+, a obywatele się rozmnożą jak w ulotkach wyborczych. I faktycznie – część się rozmnożyła. Rząd odtrąbił sukces. I na tym etapie logika kończy się tak nagle, że nawet GPS w ministerialnych limuzynach nie potrafi znaleźć dalszej trasy.
Bo co dalej?
Dalej jest poczekalnia w NFZ, w której człowiek spędzi tyle czasu, że zdąży poznać historię życia wszystkich obecnych – łącznie z numerami kolejek, które zmieniają się wolniej niż pora roku. Polacy umierają nie dlatego, że medycyna zawodzi, ale dlatego, że nie zdążyli doczekać swojego numerka.
Ktoś powie: „Ale przecież rodzą się dzieci!”. Owszem. Rodzą się… i często lądują w warunkach, których nie przeżyłby średniej jakości teleturniej. Na porodówkach nadal jak w latach 90., tylko farba na ścianach nowsza. A jeśli rodzic nie daje rady — nie dlatego, że jest złym człowiekiem, tylko dlatego, że życie ma większe wymagania niż 800 zł miesięcznie — to dziecko trafia do okna życia. Romantyczna wizja prorodzinna pęka jak balon nad świeczką.
W szkole nie jest lepiej. Edukacja, która teoretycznie miała być trampoliną do lepszego jutra, stała się bieżnią bez prądu — niby można biec, ale i tak zostajesz w miejscu. Słabe programy, jeszcze słabsze kompetencje, nauczyciele uciekający z zawodu. I teraz wyobraźmy sobie młodego człowieka, który ma wejść w dorosłość po kilkunastu latach takiej „inwestycji”. Przedsiębiorca ma go zatrudnić? Za co? Za chęci? Branża HR jeszcze nie wynalazła stanowiska „specjalista od posiadania dzieci”.
Ale rząd stale powtarza, że „to inwestycja w przyszłość”.
Tyle że inwestycja bez strategii to po prostu koszt, a ten koszt od lat pokrywają podatnicy. Bo państwo wymyśliło sobie, że można zachęcać ludzi do rodzenia dzieci, nie dbając o to, co tym dzieciom zaoferuje. Zdrowie? Brakuje specjalistów. Praca? Rynek od lat cierpi na niedopasowanie kompetencji. Edukacja? Lepiej nie pytać.
To może przynajmniej rząd wziąłby na siebie utrzymanie tych wszystkich obywateli, skoro tak usilnie ich produkuje?
Skoro państwo tak chce rozmnażania, niech konsekwentnie da zasiłki wszystkim i niech rządzący, a nie pracujący obywatele, finansują marzenia o wielkim narodzie. Skoro logika ma być tak spójna, jak ich decyzje.
A może zamiast tego… zrobiliby coś ambitnego? Zamiast płacić za dzieci, zadbaliby o to, aby nie trzeba było na zabieg czekać pół roku jak na dostawę mebli. Żeby młody człowiek wychodził ze szkoły z kompetencjami, a nie z traumą. Żeby przedsiębiorca chciał zatrudnić, bo widzi jakość — nie dlatego, że chce zrobić komuś przysługę.
Ale to wymagałoby myślenia. A to, jak wiadomo, nie jest popularnym sportem w polityce.
I tak zostajemy w tej narodowej masakrze: państwo płaci za urodzenie dziecka, a potem dziecko musi liczyć na szczęście, żeby przeżyć pierwsze 30 lat życia bez stłuczki z systemem. Bo system w Polsce nie jest po to, by wspierać obywatela. On jest po to, by przetrwać.
I przetrwa.
Pytanie tylko, ilu obywateli przetrwa razem z nim.
