Żyj szybciej, pracuj szybciej, oddychaj szybciej. A reszta? Jakoś to będzie.
W Polsce od lat trwa narodowy konkurs: kto szybciej. Ta sama dyscyplina, co na Zachodzie, tylko z mniejszym budżetem i bez nagród pocieszenia. Zresztą nagród nie ma żadnych — poza możliwością powiedzenia, że „wyrobiło się w terminie”, choć nikt nie pamięta po co i dla kogo.
Co ciekawe, starsze pokolenia mówią wprost: kiedyś żyło się wolniej. I nie chodzi o sentymentalny fresk o PRL-u, tylko o tempo codzienności, które nie próbowało robić ludziom z mózgu pralki na wirowaniu. Było skromniej, prościej, ale z jakiegoś powodu człowiek nie czuł się jak zasób do eksploatacji. Dzisiaj? Szybciej to lepiej. A najlepiej to już na wczoraj.
„Pracuj szybko, ale zrób porządnie”. Czyli jak złapać dwie sprzeczności za ogon
Współczesny rynek pracy ma swoje ulubione oksymorony. Na przykład:
- rób szybciej, ale dokładniej,
- myśl strategicznie, ale nie trać czasu,
- działaj proaktywnie, ale trzymaj się procedur,
- miej life-work balance, ale bądź dostępny,
- dokumentuj wszystko, ale nie trać czasu na dokumentację.
Do tego dochodzi firmowy folklor: imprezy integracyjne, budowanie „relacji”, otwartość, kultura feedbacku, a nawet modny ostatnio „psychological safety”. Teoretycznie — bajka. Praktycznie — człowiek, który ośmieli się powiedzieć, że nie wyrabia na zakręcie, natychmiast dostaje etykietę mało elastycznego.
I do tego wieczne oczekiwanie, że pracownik będzie miał energię na wszystko: zadania, spotkania, pomysły, innowacje, inicjatywy, „zaangażowanie” i tę sławną dobrą atmosferę. Tylko nikt nie mówi, że tempo, w jakim to ma się odbywać, to raczej sprint ratownika medycznego niż praca biurowa.
To dlatego wielu ludzi zaczyna zauważać, że nie brakuje im kompetencji — brakuje im tchu.
Życie prywatne według korporacji. Czyli „bądź sobą, ale w naszym wydaniu”
Pracodawcy uwielbiają mówić o balansie. Uczą o nim na webinarach, wklejają w prezentacje, drukują na roll-upach w chill-roomach. Ale kiedy przychodzi do realiów, balans jest traktowany jak ozdobnik. W zasadzie jak dekoracyjny miś na recepcji — miło, że jest, ale tylko przeszkadza, gdy ktoś chce gdzieś przejść.
Dlatego od pracownika wymaga się:
- żeby zawsze „dowieźć”,
- żeby był dostępny,
- żeby nie marudził,
- żeby rozwijał „miękkie kompetencje”,
- żeby uczestniczył w kulturze firmy,
- i żeby nie miał za dużo pytań.
Dla wielu osób życie prywatne wygląda więc jak okienko reklamowe między kolejnymi pilnymi zadaniami. A kiedy człowiek ośmieli się powiedzieć, że nie ma czasu na firmową integrację, to natychmiast pojawia się diagnoza, że „słabo się angażuje”. Bo dobry pracownik jest jak roślina doniczkowa: powinien dobrze wyglądać, nie narzekać i najlepiej — nie mieć swoich potrzeb.
Polska wersja zachodniego tempa. Szybkość: skopiowana. Warunki: lokalne.
Moda na szybkie życie przyjechała do nas z Zachodu, ale niestety bez infrastruktury. Tempo jak w Londynie, zarobki jak w Radomiu. Wymagania jak w Dolinie Krzemowej, a realia ekonomiczne jak w kraju, gdzie stabilność finansowa jest raczej wyjątkiem niż normą.
W efekcie ludzie funkcjonują w dziwnym rozkroku:
żyją w kraju, w którym wysokość czynszu jest zachodnia, a wysokość emerytury — wschodnia.
Do tego dochodzi rzeczywistość wielu rodzin, gdzie jedno pokolenie pracuje ponad siły, a drugie funkcjonuje na minimalnych świadczeniach. I to nie są patologie — to jest codzienność. Wielu dorosłych ludzi wspiera finansowo rodziców, partnerów, dziadków, bo system nie wyrabia. A w międzyczasie muszą udawać na LinkedInie, że „kochają tempo zmian” i świetnie odnajdują się w dynamicznym środowisku.
Tylko że człowiek nie jest gumką recepturką, żeby rozciągać się w nieskończoność.
Kwestia dokumentacji. Czyli jak firmy oszczędzają, a potem pytają: „kto to zrobił?”
Na koniec wisienka: dokumentacja. Ten legendarny byt, który każda firma chce mieć, ale żadna nie chce płacić za jego tworzenie. Dokumentacja powinna być robiona, ale nikt nie da na to czasu. Powinna być dokładna, ale najlepiej szybka. Powinna być czytelna, ale niech powstanie sama. A gdy wybuchnie chaos, nagle wszyscy pytają:
— Gdzie jest dokumentacja?
— A kto miał zrobić?
— No… ktoś.
Czyli „byle szybciej”, tylko żeby nie kosztowało.
A potem zdziwienie, że projekty nie działają, systemy się sypią, a ludzie znikają z firm jak śnieg w marcu — po cichu, bez żalu, często z wypaleniem większym niż ich laptop.
Na koniec — puenta, nie pocieszenie
Felieton nie jest od dawania rad, tylko od stwierdzania faktów. A jeden fakt jest tu kluczowy:
Nie da się żyć szybko, pracować szybko, oddychać szybko i jeszcze zachować człowieczeństwo w całości.
Ktoś w końcu za to tempo płaci — własnym zdrowiem, relacjami, spokojem.
I chociaż korporacje lubią mówić o ludziach jak o zasobach, to jednak zasoby mają jedną wadę: kiedy się zużyją, nie odrastają.
A może kiedyś — tak jak nasi rodzice wspominają swoją młodość — my też spojrzymy wstecz i powiemy:
„kiedyś było wolniej”.
I wcale nie była to zła opcja.
