Towarzystwo na żądanie? Dzięki, postoję
Coraz częściej mam wrażenie, że niektórzy ludzie traktują moje towarzystwo jak usługę premium. Tylko bez opcji zapłaty, bez wdzięczności, bez wzajemności. Ja mam wymyślać, inicjować, zabawiać. A oni – z łaski swojej – może się pojawią. Może. Jak będą w nastroju. Jak nie będą mieć nic lepszego do roboty.
Zabawne. Bo ja nie oczekuję niczego takiego od innych. Nie potrzebuję, żeby ktoś zabiegał o mnie, robił show, ustawiał życie pod moje nastroje. Wystarczy, żeby był. Prawdziwie. Z wyboru. Bez kalkulacji.
A tu co? Zgłaszam potrzebę rozmowy – nie pasuje. Chcę się przejść na spacer – też nie. Piszę: "Chodźmy na kawę" – odczytane, bez odpowiedzi. Ale gdy tylko coś się dzieje, to nagle jestem potrzebna. Bo mam energię, bo coś wymyślę, bo u mnie zawsze się coś dzieje. I tak się kręci ta karuzela asymetrii.
Nie jestem menadżerką cudzego szczęścia. Nie będę klaunem, animatorką i terapeutką w pakiecie. Nie mam obowiązku płacić za cudzą obecność w moim życiu swoim czasem, energią ani emocjami. Jeśli ktoś chce być w moim świecie, niech się o to postara. Nie chodzi o wyścigi ani o manipulacje. Chodzi o wzajemność. O coś, co dzieje się naturalnie. Albo się dzieje, albo nie.
Nie wiem, czy są trenerzy, którzy uczą ludzi takich zachowań. Ale wiem jedno: jeśli ktoś nie rozumie, że relacja to dwie osoby, a nie darmowa rozrywka na żądanie – to chyba sam potrzebuje kursu. Z empatii. Albo przynajmniej z kultury osobistej.
Więc jeśli kiedykolwiek pomyślisz, że jestem "niedostępna", "chłodna" czy "za bardzo zajęta" – przypomnij sobie, ile razy twoje "nie chce mi się" spotkało się z moim zaproszeniem. I zadaj sobie pytanie, kto tu właściwie był nieobecny.
