Fajerwerki: piękne kolory, głośna cena i cudzy strach
Pewnie uśmiechniesz się pod nosem, gdy zacznę analizować fajerwerki.
Trudno — ktoś to musi zrobić bez zachwytu w oczach.
Wszyscy mówią: nie strzelajcie, bo psy. Mam już drugiego sierściucha i wiem jedno: takie rzeczy powinno się socjalizować od szczeniaka. Tyle że w prawdziwym życiu nie zawsze się da. A nawet jeśli — to nie zmienia faktu, że ja sama nie lubię tych wystrzałów.
Dla mnie ten dźwięk nie ma nic wspólnego z radością. To bardziej echo strzału z broni niż świętowanie nowego roku. Następnego dnia, kiedy teoretycznie „już po wszystkim”, znowu huk. Idę z psem na spacer i łapię się na tym, że spinam ramiona. Nie dlatego, że on się boi. Dlatego, że ja się boję.
Petardy rozbijające się o samochody. Długa kolejka na pogotowiu. Nagłówki, które powtarzają się co roku jak refren kiepskiej piosenki. A mimo to — piękne kolory na niebie. Bo o nie przecież chodzi. O to krótkie „wow”, które trwa kilka sekund i ma przykryć resztę.
Czy da się to rozwiązać inaczej? Pewnie tak. Światełka, ciche pokazy, inne technologie. Tylko zaraz ktoś powie: nie ma pieniędzy. Albo że lasery nie zastąpią emocji. Ludzie uwielbiają to widowisko. I ja to rozumiem. Serio.
Tylko że ja mam jeszcze inne życzenie.
Gdyby było cicho, może poszłabym na noworoczną imprezę bez kalkulowania ryzyka. Może bawiłabym się lepiej, wiedząc, że mój pies śpi w domu, a nie trzęsie się przy każdym huku. Bez wyrzutów sumienia. Bez sprawdzania godziny. Bez myśli: czy on tam sobie z tym radzi.
Bo problem z fajerwerkami nie polega tylko na psach.
Polega na tym, że żeby komuś było efektownie przez chwilę, ktoś inny musi się bać całą noc — o bezpieczeństwo, o to, czy nie dostanie petardą, albo czy nie wróci do domu do samochodu, który właśnie nadaje się do naprawy.
