Dlaczego mężczyźni żenią się z braku laku, a potem narzekają?
Mężczyźni twierdzą, że są logiczni. Racjonalni. Że myślą jak inżynierowie, analizują jak algorytmy i podejmują decyzje na chłodno. No to dobrze – przyjmijmy na moment tę narrację. I teraz popatrzmy: oto osobnik płci męskiej, który żeni się z kobietą, której tak naprawdę nie chce. Może nie była pierwszym wyborem. Może nie była nawet trzecim. Ale była „w porządku”. Czyli – cytując klasykę – z braku laku, dobry kit.
Nie mija wiele czasu, a zaczyna się proces podmiany oprogramowania. Mężczyzna zaczyna ją „ulepszać”. Bo ona niby fajna, ale nie do końca. Trzeba trochę zmienić sposób myślenia, styl ubierania się, może zainteresowania, krąg znajomych, styl bycia, a już najlepiej – ambicje. Czyli najlepiej byłoby, żeby stała się kimś innym. Czyli kim? No wiadomo – taką, która by go teraz nie chciała.
To niesamowite, jak często mężczyźni zakochują się w potencjale, którego kobieta nigdy nie obiecała. A potem rozczarowują się, że ten potencjał nie wyrósł. Przypomina to sytuację, gdy ktoś kupuje doniczkowego kaktusa, podlewa go jak storczyka i dziwi się, że nie zakwitł. Tylko że zamiast rośliny – to człowiek. A zamiast wody – obowiązki, presja i oczekiwania.
Bo z czasem ta kobieta – ta „wystarczająco dobra” – zaczyna dźwigać cały ten związek. Staje się menedżerką domu, opiekunką dzieci, terapeutką od jego nastrojów, księgową do wspólnego budżetu i pielęgniarką w chorobie. I robi to wszystko wbrew sobie. Bez wsparcia. Bez uznania. Bez wdzięczności.
A potem – lata mijają – i nagle coś się zmienia. On ma więcej pieniędzy. Lepiej wygląda. Rozumie więcej. Przebył drogę. Rozwinął się. I co wtedy się dzieje? Otwierają się oczy. I widzi kobietę. Inną. Taką, która mu się podoba. Taką, która teraz go chce. I wiecie co? On myśli, że to dlatego, że teraz wreszcie spotkał „tę właściwą”.
Nie przyjdzie mu do głowy, że stał się lepszy dzięki tej kobiecie, którą traktował jak opcję awaryjną. Że to ona go wspierała, ogarniała chaos i trzymała w ryzach domową rzeczywistość, kiedy on mógł się szkolić, rozwijać i zdobywać kolejne levele zawodowe. To nie była przypadkowa kobieta z łapanki. To była fundament.
Ale jego logika mówi: "Teraz jestem lepszy. Teraz zasługuję na lepszą partnerkę." Nie: "Dzięki niej stałem się lepszy."
I dlatego nie rozumiem tej logiki. Skoro jesteś taki logiczny, to czemu nie zaczniesz od inwestycji w siebie, zamiast w kobiecie szukać gotowego rozwiązania na swoje braki? Czemu nie dojdziesz do momentu, w którym jesteś kimś sensownym – emocjonalnie, zawodowo, mentalnie – zanim zaczniesz budować relację?
Nie mówię, że wszyscy mężczyźni tak robią. Ale wystarczająco wielu, by zacząć o tym głośno mówić. Bo może czas przestać ściemniać, że to „miłość dojrzała”, skoro to był kontrakt z samotnością, podpisany w panice. A potem – wiadomo – wymiana kadr.
Z braku laku nie buduje się życia. Co najwyżej złudzenia.
