Męski problem, kobieca odpowiedzialność
Debata o kryzysie psychicznym mężczyzn zdominowała przestrzeń publiczną. Słyszymy o samotności, o presji, o braku narzędzi emocjonalnych. I dobrze — o zdrowiu psychicznym trzeba mówić. Problem polega na tym, że ta rozmowa bardzo rzadko obejmuje to, co ten kryzys robi kobietom, zwłaszcza tym najbliżej: partnerkom, żonom, byłym partnerkom.
Bo obok statystyk samobójstw istnieje inna, znacznie ciszej omawiana rzeczywistość: kobiety są masowo krzywdzone, bite, gwałcone i zabijane przez mężczyzn. Najczęściej nie przez „potwory z ciemnej ulicy”, tylko przez tych, z którymi dzielą życie. I właśnie w tym miejscu narracja zaczyna się rozpadać.
Od kobiet oczekuje się empatii. Od mężczyzn — zrozumienia. Ale odpowiedzialność wciąż rozkłada się nierówno.
Kobiety mają „rozmawiać”, „wspierać”, „zauważać sygnały”, „być uważne”. Mają być emocjonalnie dostępne, cierpliwe i wyrozumiałe. Tymczasem bardzo rzadko mówi się o tym, że w drugą stronę to nie działa. Że mężczyźni często nie potrafią — albo nie chcą — okazać empatii partnerce wtedy, gdy ona jej naprawdę potrzebuje.
Gdy kobieta mówi o wypaleniu, przemęczeniu, przemocy psychicznej w pracy, lekceważeniu, słyszy nie pocieszenie, ale chłodną kalkulację:
„No może cię ignorują, ale przynajmniej płacą.”
Dla wielu mężczyzn to jest w porządku. Bo świat, który stworzyli, uznaje pieniądz za wystarczające zadośćuczynienie za brak szacunku, bezpieczeństwa i godności. Bo ich samych uczono, że cierpienie to cena, którą się płaci za funkcjonowanie w systemie.
To nie jest empatia. To jest normalizacja krzywdy.
Zamiast wsparcia — minimalizacja. Zamiast zrozumienia — relatywizowanie. Zamiast bliskości — komunikat: „nie przesadzaj”. Mężczyźni w takich momentach nie potrafią być oparciem. Potrafią tylko dobić. Nie dlatego, że są źli, ale dlatego, że nie nauczyli się innego języka relacji niż język hierarchii, siły i przetrwania.
I tu pojawia się zasadnicza sprzeczność: mężczyźni oczekują od kobiet empatii, której sami nie oferują. Chcą zrozumienia, którego nie dają. Domagają się wsparcia, którego nie potrafią zapewnić. A gdy kobieta w końcu pęka, słyszy, że „jest zbyt emocjonalna”.
Mężczyźni nie organizują się masowo w grupy wsparcia. Nie uczą się od siebie nawzajem empatii. Nie budują wspólnot odpowiedzialności. Zamiast tego oczekują, że kobiety będą regulować ich emocje, amortyzować frustracje i naprawiać pęknięcia systemu, którego same nie projektowały.
Kobiety tymczasem organizują się od lat. Tworzą sieci wsparcia, język przemocy, narzędzia ochrony, strategie przetrwania. Nie dlatego, że są lepsze, ale dlatego, że musiały.
Najbardziej przerażające jest jednak to, że o brutalnych napaściach na kobiety, gwałtach i okaleczeniach dowiadujemy się półgębkiem — z plotek, z szeptów, „od taksówkarza”. Media milczą. A cisza nie jest neutralna. Cisza chroni sprawców.
Dlatego będę o tym pisać za każdym razem, gdy ten temat wróci. Bo dopóki mężczyźni nie nauczą się brać odpowiedzialności za siebie i za system, który utrzymują, dopóty kobiety będą ponosić konsekwencje.
Męski problem, kobieca odpowiedzialność — to nie jest opinia. To jest opis rzeczywistości.
