Byłe winne, on bez skazy? O autoportretach mężczyzn i ich „księżniczkach”
Jest taki gatunek męskich wynurzeń w internecie: deklaracje o sile, niezależności i potrzebie równie silnej kobiety. Brzmi jak manifest dojrzałości, dopóki nie pojawia się lista żalów — zwykle dłuższa niż sam wstęp. Nagle z tekstu o partnerstwie robi się akt oskarżenia wobec wszystkich „słabych jednostek, kruchych psychicznie, manipulantek i obrażalskich księżniczek”.
Czytając to, mam zawsze jedną myśl: autoportret. Bo dziwnym trafem ci, którzy najgłośniej narzekają na cudze „księżniczkowanie”, sami obrażają się jak królowie dramatów. Ci, którzy chcą „silnej partnerki, która sobie poradzi”, nie potrafią znieść czyjejś chwilowej słabości. A kiedy opowiadają o „byłych”, szybko okazuje się, że wszystkie rzekome wady noszą wypisane na własnym czole.
To działa też w relacjach zawodowych. Najbardziej roszczeniowi klienci to ci, którzy nie mają nic do zaoferowania. Zero treści, zero pomysłu, ale lista wymagań dłuższa niż brief w korporacji. Ego większe niż budżet, oczekiwania większe niż zdrowy rozsądek.
Wróćmy do relacji. Jeśli ktoś zaczyna rozmowę od wyliczania, kogo już „musiał eliminować ze swojego życia”, to naprawdę nie jest opowieść o doborze jakościowych partnerek. To jest ostrzeżenie: uciekaj, zanim sam trafisz na listę.
Bo wbrew pozorom najtrudniejsze w partnerstwie nie jest spotkanie kogoś „silnego”. Najtrudniejsze jest spotkanie kogoś, kto rozumie, że każdy ma prawo być czasem słaby.
I właśnie to odróżnia dorosłe relacje od infantylnych autoportretów publikowanych w sieci. Kropka.
