O tym, jak cicha przemoc udaje normalność

O tym, jak cicha przemoc udaje normalność

Nie miałam w planach pisać thrillera.
Nie miałam nawet takiej ambicji. W moim świecie słowa zazwyczaj służą do czegoś zupełnie innego: do analizy, do rozbierania zachowań na części, do obserwowania tego, czego inni nie chcą nazwać. Ale rzeczy mają swój własny rytm. I czasem samo życie podsuwa historię, która nie daje spokoju, dopóki jej nie opowiesz.

Nie zaczęło się od fabuły.
Zaczęło się od ludzi.

Od momentów, kiedy rozmowy nagle ucichają, gdy wchodzisz do pomieszczenia.
Od spojrzeń trwających sekundę za długo.
Od drobnych komentarzy wypowiadanych niby z troską, a jednak mających w sobie coś… ostrzegawczego.

Od tych wszystkich „drobiazgów”, które w pojedynczej sztuce nic nie znaczą, ale razem budują mechanizm.
Taki mechanizm, który działa najlepiej, gdy nikt o nim głośno nie mówi.

Zawsze powtarzam, że przemoc rzadko zaczyna się krzykiem.
Zaczyna się ciszą.
Tą społecznie akceptowaną, wygodną, racjonalną.
Ciszą, która mówi więcej niż słowa — bo określa, komu wolno istnieć, a komu nie.

Gdy obserwujesz takie rzeczy zawodowo — jako projektant, badacz, ktoś analizujący systemy — masz pewną przewagę. Widzisz schematy wcześniej. Łapiesz momenty, w których narracja się przełącza. Poznajesz dynamikę „my”, „oni” i „ta osoba, której nie znamy, ale lepiej na nią uważać”.

I nagle pojawia Ci się w głowie pytanie, które nie powinno się pojawiać, a jednak wraca:
„Co się dzieje, gdy ludzie uwierzą, że ktoś jest problemem?”

Nie potrzebujesz odpowiedzi.
Wystarczy obserwować.

Tak powstał THE TENEMENT – A Psychological Thriller.
Nie jako literatura gatunkowa, ale jako próba nazwania mechanizmu, który potrafi zjeść człowieka przy pełnym świetle dnia.
Mechanizmu, który jest banalnie prosty:

1. Nadajesz komuś rolę.
2. Zmieniasz ton rozmów.
3. Rozsiewasz pół-słowa i pół-obserwacje.
4. Resztę zrobią inni — z troski, lęku, wygody.

Nikt nie musi mieć złych intencji.
To właśnie czyni ten proces najgorszym.

I wiesz, co jest najciekawsze?
W takich sytuacjach największym zagrożeniem nie są ci, którzy krzyczą.
Największym zagrożeniem są ci, którzy milczą — bo milczenie jest najłatwiejszym sposobem, żeby usprawiedliwić wszystko, co się stanie później.

Dlatego tę książkę napisałam trochę wbrew sobie.
Bo każda społeczność — nawet najmniejsza — potrafi stworzyć własną wersję rzeczywistości.
A kiedy ta rzeczywistość zacznie Cię pożerać, niewiele zostaje: oddech, obserwacja i decyzja, czy chcesz w tym brać udział.

To nie jest książka o złych ludziach.
To książka o systemach, które powstają same z siebie.
O drobnych gestach, które układają się w potężne konsekwencje.
O tym, jak łatwo sprawić, że ktoś znika — nawet jeśli nikt nie powiedział na głos, że ma zniknąć.

I może właśnie dlatego ten thriller nie jest fikcją w pełnym znaczeniu.
Fikcyjna jest tylko scenografia.
Mechanizmy są z życia.

A jeśli ktoś kiedyś zapyta mnie:
„Dlaczego o tym napisałaś?”
odpowiem tak, jak czuję:

Bo kiedy cisza trwa za długo, przestaje być neutralna.