Nie potrzebuję pozwolenia, żeby sięgać po swoją przestrzeń
Manifest wolności #2
Wiesz, co jest gorsze niż brak przestrzeni? Przekonanie, że trzeba na nią zasłużyć. Że odpoczynek trzeba sobie „wyrobić”. Cisza? Po wszystkim. Spacer? Po robocie. Twój czas? Jak już ogarniesz wszystko i wszystkich. Czyli nigdy.
Przez lata żyłam z cichą umową, której nigdy nie podpisałam: najpierw obowiązki, potem ja. Tylko że to „potem” miało zwyczaj znikać. Odpuszczałam spacer, bo coś się przeciągnęło. Odkładałam pisanie, bo dzień był za krótki. Przestrzeń robiłam dla innych, nie dla siebie.
Potem przyszło olśnienie. Takie bez fanfar, raczej jakby ktoś wyjął z głowy korek: nie potrzebuję pozwolenia, żeby być sobą. Żeby się odsunąć. Żeby zamilknąć. Żeby nie odbierać telefonu, nie odpisywać, nie tłumaczyć się. Żeby leżeć i gapić się w sufit, jeśli akurat tego potrzebuję.
Cisza nie musi być nagrodą. Spacer nie musi być planowany. Moja przestrzeń nie musi być zapisana w grafiku. Może być dzika, nieregularna, nieopłacalna. Może nie przynosić żadnych efektów oprócz tego, że **jest.**
Jeśli ktoś tego nie rozumie – to jego problem. Jeśli ja tego nie szanuję – to już mój.
Nie będę się więcej tłumaczyć z tego, że wychodzę z psem. Albo że nie wychodzę wcale. Albo że potrzebuję jednej godziny samotności z własną głową. Nie muszę na to zasłużyć. Nie muszę pytać.
