Szkoły polityków i szkoły zwykłych ludzi – dwie różne rzeczywistości
Jest taka scena, którą zna każdy rodzic: tłoczenie się pod szkołą, brak miejsca w świetlicy, nauczyciel na zwolnieniu i kolejny tydzień bez lekcji matematyki. To codzienność tysięcy dzieci. Tych zwykłych.
Dzieci polityków żyją w równoległym wszechświecie.
One chodzą do szkół, które mają wszystko, czego publiczny system od lat udaje, że nie da się wprowadzić:
– małe klasy,
– nowoczesne programy,
– psychologów dostępnych od zaraz,
– zajęcia rozwijające talenty,
– nauczycieli, którzy nie muszą dorabiać po godzinach, żeby przeżyć.
I właśnie dlatego politycy tak łatwo projektują reformy edukacyjne.
Żadna z nich nie dotknie ich własnych dzieci.
To tak, jakby ktoś ustalał normy żywieniowe, jedząc codziennie kolację w najlepszych restauracjach, a reszcie kraju serwował tani catering.
W teorii coś tam się zgadza.
W praktyce — wiadomo.
Najbardziej zabawne? Kiedy słucham polityka mówiącego, że „publiczna szkoła jest wystarczająca”, a potem widzę, jak jego dziecko śmiga do prywatnej placówki z czesnym wyższym niż średnia krajowa.
No dobrze, nie śmiga samo — jest odwożone. Kierowcą.
Wtedy naprawdę trudno nie poczuć lekkości manipulacji: system jest dobry tylko dla tych, którzy nie mają innego wyjścia.
A że zwykły rodzic widzi tę przepaść?
Nikt się tym specjalnie nie przejmuje.
Byle do kolejnych wyborów.
To dlatego edukacja publiczna nie rozwija się tak, jak powinna.
Ci, którzy mogliby wymusić zmiany, nie stoją w kolejce pod sekretariatem.
Nie muszą prosić o miejsce w świetlicy.
Nie słyszą, że „zajęcia nie odbędą się, bo nie mamy nauczyciela”.
Nie walczą o psychologa.
Nie doświadczają szkolnych realiów.
I dopóki system tworzą ci, którzy z niego nie korzystają, nic się nie zmieni.
Nie dlatego, że się nie da.
Dlatego, że nie muszą.
A kiedy potem słyszę, jak ktoś mówi, że „młodzież jest roszczeniowa”, to naprawdę trudno nie wybuchnąć śmiechem.
Roszczeniowa?
To pokolenie, które jako jedyne widzi, że rzeczywistość dla bogatych i dla reszty wygląda zupełnie inaczej — i ma odwagę to nazwać.
Tylko tyle.
I aż tyle.
