SYNDROM KRÓLOWEJ ULA — czyli jak kobiety potrafią utrudniać życie… innym kobietom

Są takie kobiety, które wchodzą do zespołu i od razu robią casting na ulubieńców. Jakby liderstwo polegało na tym, komu pierwszemu opowie się żart z podtekstem. A jeśli jesteś kobietą? Cóż. Tu zaczyna się zimny front, który nawet meteorolog by przewidział — bo bije po twarzy natychmiast.

Facetom serwuje uśmiech, przekomarzanie, lekkie chichotki. Tobie — ton służbowy na poziomie „jest pani w stanie wykonać to zadanie?”, jakbyś właśnie składała CV na stanowisko praktykanta w urzędzie miasta. Nie wiem, czy to nowa metoda zarządzania, czy po prostu stary syndrom Królowej Ula w nowej odsłonie: „w mojej hierarchii jest miejsce tylko dla jednej samicy alfa”.

I tu pojawia się ciekawy paradoks. Teoretycznie kobiety w leadershipie miały wprowadzać więcej empatii i normalności. A przynajmniej tak opowiadają na konferencjach. Tymczasem w praktyce czasem wychodzi z tego zimna selekcja: chłopakom wolno więcej, a kobietom wolno… mniej, bo przecież mogłyby przypadkiem zagrozić pozycji królowej.

Najlepsze jest to, co dzieje się później. Gdy ktoś zauważy, że taka liderka ma emocjonalną alergię na kobiety, nie analizuje się jej stylu zarządzania. Nie, to byłoby zbyt logiczne. Zaczyna się za to dyskusja, czy przypadkiem nie „wymienić” specjalistki na mężczyznę. Bo przecież łatwiej podmienić człowieka niż skorygować czyjeś kompetencje.

Tak wygląda współczesny absurd: zatrudniamy liderkę, która nie lubi kobiet, a potem rozważamy rotację kobiet, żeby liderka mogła pracować „bez napięć”. Kto wie, może w następnym etapie dostanie też specjalną dietę, strefę komfortu i listę ulubionych żartów, które zespół powinien opanować przed 9:00.

Nie twierdzę, że wszystkie kobiety w rolach decyzyjnych tak działają. Ale schemat jest znany: zamiast budować solidarność, odtwarza się stare wzorce dominacji. Na zasadzie: jeśli ja miałam pod górę, to ty też będziesz mieć. Bo przecież tradycja to tradycja.

A może pora na prostą myśl, bez korpo-filozofii: ludzie w pracy mają być oceniani za kompetencje, nie za płeć ani za to, komu chce się uśmiechnąć przy kawie. Brzmi banalnie? Owszem. I właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej bolesne.

Puentując: Syndrom Królowej Ula nie znika sam. Znika dopiero wtedy, gdy ktoś w końcu powie: „halo, to nie jest prywatna pasieka — to jest zespół”.


Fotorealistyczna scena biurowa: kobieta patrzy chłodno w stronę kamery, za nią trzech mężczyzn rozmawia i śmieje się; ilustracja do felietonu „Syndrom Królowej Ula”.