Mam prawo tworzyć, nawet jeśli nikt nie czeka

Manifest wolności #1

Nie wiem, kto pierwszy wmówił nam, że żeby coś robić, trzeba mieć publiczność. Albo cel. Albo przynajmniej lajki. Najlepiej wszystkie trzy naraz. Twórz, ale tylko jeśli to się sprzeda. Pisz, ale z myślą o publikacji. Rysuj, ale dopiero jak skończysz kursy. A najlepiej — nie rób nic, dopóki nie masz odbiorcy, bo przecież szkoda czasu.

Otóż nie szkoda.

Siedzę i piszę ten tekst, nie wiedząc, kto go przeczyta. Może nikt. Może ktoś za tydzień. Może ja sama, za rok, gdy zapomnę, że w ogóle go stworzyłam. I wiesz co? To nie ma znaczenia. Pisanie nie jest dla tłumu. Pisanie jest dla mnie. Dla tej części mnie, która potrzebuje siebie samej, żeby nie zniknąć.

Mam prawo tworzyć, nawet jeśli nikt nie czeka. Nie potrzebuję potwierdzenia, że to, co wypływa spod moich palców, ma sens. Wystarczy, że oddycha. Że istnieje. Że wypuszcza mnie z własnej głowy na papier, ekran, ekranik.

Kiedyś czekałam na pozwolenie. Na znak, że „już mogę”. Że to dobry moment. Że jestem gotowa. A potem przyszło życie — takie bez litości i bez konsultacji — i pokazało, że nic się nie wydarzy, dopóki nie przestanę pytać o zgodę. Od innych. Od siebie. Od świata.

Więc zaczęłam. Po cichu. Bez wielkich deklaracji. Najpierw zdania, potem akapity. Własne. Dziwne. Niekiedy toporne, innym razem zaskakująco lekkie. Aż w końcu coś się odblokowało. Nie w tekście, tylko we mnie.

Nie piszę, bo ktoś czeka. Piszę, bo ja już nie mogę czekać. Bo to nie treść, to kontakt. Ze sobą. Z emocją. Z tym, co nie daje spać, a czasem budzi rano z poczuciem, że jednak warto było się urodzić.

A jeśli ktoś to przeczyta? To będzie tylko bonus.