Dlaczego piszę, choć nikt nie pyta

Mogłabym nie pisać.
Zająć się czymś bardziej nowoczesnym, jak tworzenie reelsów o tym, że "mężczyzna, który naprawdę chce – to chce". Albo: "kobieta z klasą nie dopytuje". Te rzeczy klikają.
Z resztą – wszystko, co brzmi jak rozkaz albo wróżba, klikają.

Ale piszę. Mimo że to trwa. Mimo że nie jestem viralem.
Piszę, bo widzę, że ludzie – choć na co dzień kręcą nosem na teksty „o związkach” – to właśnie je klikają najchętniej. I to nie te najnowsze.
Wracają do czerwca, do sierpnia, do tekstu, który miał już zniknąć w archiwum.
Czytają.
Bo temat wraca. Bo emocja nie wygasa. Bo człowiek, choć żyje w XXI wieku, wciąż rozumie siebie na poziomie kasety VHS.

Mamy edukację, podcasty, TED-y i kursy online. A nadal nie wiemy, jak powiedzieć „przepraszam, nie jestem gotowy” zamiast znikać.
Nadal czekamy, aż druga osoba się domyśli. Nadal myślimy, że kto pisze pierwszy, ten przegrywa.
A potem wklejamy screeny do stories i pytamy: „co myślicie?”.

Myślenie nie jest dziś modne.
Modna jest pewność.
Modne jest: „On nie odpisał, bo nie chciał. Kropka.”
Modne jest: „Nie jesteś do niczego potrzebna, jesteś wolna.”
Modne są półprawdy w pionowym kadrze.

Ale ja nadal piszę.
Nie po to, żeby nauczać.
Nie po to, żeby wygrać w konkursie na mądrzejszą niż coach.
Piszę, bo są tacy, którzy czytają po cichu. Którzy myślą po kątach. Którzy zostają na stronie 1 minutę 43 sekundy i wychodzą – ale wychodzą trochę inni.

To dla nich są te teksty.
Dla tych, co klikają „Związek czy spokój?”, a potem zapisują sobie zdanie, które nie miało być żadnym odkryciem.
Dla tych, którzy wracają.
Dla tych, którzy nie pytają – ale czytają.

Więc piszę dalej.
Bo nie wszystko, co ważne, da się sprzedać w 30-sekundowej rolce.

Grafika z cytatem w języku polskim: „Czy naprawdę mamy XXI wiek?” – na tle w neutralnych barwach. Minimalistyczny design, nowoczesny font, centralnie umieszczony tekst w stylu felietonu społecznego.