Dlaczego ludzie zakładają firmy? Bo mają dość

Nie wszyscy zakładają firmy, żeby zostać drugim Elonem Muskiem. Niektórzy po prostu nie chcą słyszeć: „Dziś nie możesz wyjść wcześniej, bo mamy zebranie”. Albo: „Z tym projektem poczekaj, prezes musi to zatwierdzić”. Albo po raz setny: „Na podwyżkę nie ma teraz budżetu, ale może w przyszłym kwartale”.

Są tacy, którzy zakładają firmę, żeby poprowadzić kilka szkoleń w miesiącu, a potem mieć święty spokój. Inni chcą zbudować coś swojego, bo szef skutecznie przycina im skrzydła. Jeszcze inni – bo czują, że nie mogą dłużej robić czegoś, co ich zupełnie nie obchodzi.

A ja?

Ja zakładam firmę, bo nie chcę iść na kompromis z własnym życiem. Bo nie chcę, by moją wartość mierzył ktoś, kto widzi tylko mój wygląd, wiek albo „brak potencjału do leadershipu”. Bo nie chcę kolejnych lat spędzonych na pracowaniu „dla kogoś”, kto uważa, że podwyżka to fanaberia.

Bo marzę o wolności.

Takiej prawdziwej – nie instagramowej. Nie o leżeniu na Bali z laptopem i piwem z palemką. Tylko o możliwości wstawania rano z energią, a nie z gulą w gardle. O tym, by zarabiać na tym, co robię najlepiej – pisać, tworzyć, projektować, sprzedawać moją cyfrową sztukę. O tym, by być aktywistką internetową i nie musieć dorabiać na trzy etaty, żeby zapłacić ZUS.

Tak, wiem – z samego aktywizmu nie zapłacę rachunków. Ale jeśli połączę go ze sztuką, z pisaniem, z pracą twórczą – może da się z tego zbudować coś więcej niż tylko "fanpage z opinią". Może da się zbudować dochód. I niezależność.

Bo etat – choć stabilny – daje tyle, co kot napłakał. A ten kot to chyba nawet łzawić nie chce.