Posag. Czyli jak patriarchat wynalazł inwestowanie w kobiety
Niektórzy myślą, że posag to wymysł średniowiecza. Ot, skrzynia wypchana pościelą i pierzynami, którą panna wnosiła do małżeństwa jak prezent ślubny z własnym imieniem. Ale nie — ten pomysł jest starszy niż jakikolwiek kodeks rodzinny. To systemowy startup patriarchatu, uruchomiony tysiące lat temu, z prostym modelem biznesowym: ona wnosi majątek, on wnosi władzę.
W starożytnej Mezopotamii posag (zwany šeriktum) był standardem — miał zapewnić kobiecie bezpieczeństwo w razie rozwodu, czyli w praktyce zabezpieczyć interes mężczyzny. W Rzymie — dos trafiał do męża, by „utrzymał” żonę, a w średniowieczu bez posagu kobieta nie miała szans na małżeństwo. A bez małżeństwa — na przeżycie. Bo kobieta bez mężczyzny była społecznie niewidzialna.
Klasy społeczne różniły się tylko skalą transakcji.
U bogatych — ziemie, złoto, biżuteria.
U chłopów — pierzyny, świnie, kawałek pola.
Mechanizm był ten sam: kobieta miała coś wnieść, zanim w ogóle mogła być wniesiona.
Przez wieki posag był gwarancją jej miejsca w świecie, a zarazem dowodem, że nic nie należy do niej naprawdę. Pieniądze wędrowały z ojca do męża, jakby przelewano prawa własności między właścicielami, a ona — jak rachunek — zmieniała nazwisko i adres.
A potem przyszła nowoczesność. Patriarchat nie zginął, tylko nauczył się nowych formatów. Zmieniliśmy kufry na konta, bydło na bilingi, srebra na portfolio. Dziś nie trzeba mówić „posag” — wystarczy zapytać: „co ona sobą reprezentuje?”
Owszem, kobieta może być dziś niezależna, ale społeczne oko nadal ocenia: ma mieszkanie, auto, karierę, firmę, coś „swojego”? A jeśli nie — to chociaż urodę, styl, markę osobistą, ładne zdjęcie w internecie?
Zasada jest ta sama: wartość kobiety nadal musi być uzasadniona. Wizerunkiem, kontem, sukcesem albo chociaż estetyką. Nie liczy się to, kim jest, tylko ile wnosi — w gotówce, urodzie lub potencjale rynkowym.
A są jeszcze kobiety, które nie wniosły do małżeństwa ani hektarów, ani kont, ani urody rodem z reklam perfum. Za to wniosły czas — czyli walutę, której nikt nie wycenia. Gotowanie, pranie, sprzątanie, planowanie, opieka nad dziećmi, emocjonalne ratowanie dorosłych. To nie posag, to niekończący się etat, który patriarchat sprytnie nazwał „obowiązkiem domowym”.
Kobieta wnosi więc do związku kilka zawodów: kucharkę, psycholożkę, księgową, menedżerkę logistyki i pielęgniarkę. Współczesny posag w wersji full service. Tyle że dziś ta praca nie jest już dowodem wartości — tylko pretekstem, żeby ją lekceważyć. Bo „siedzi w domu”. Bo „nie zarabia”. Bo „ma dobrze”.
Patriarchat nie znosi pustki. Gdy zniknął posag materialny, pojawił się emocjonalny. Kobieta nadal ma coś wnosić — tylko teraz na rachunek wspólnego życia. A im więcej daje, tym mniej jej zostaje. I wciąż nikt nie mówi o zwrocie kosztów.
A te, które grają z systemem, używając swojej urody jak waluty? Nie są cyniczne. Są po prostu skuteczne. Skoro świat przez tysiące lat uczył kobiety, że ich przetrwanie zależy od atrakcyjności — to nic dziwnego, że niektóre nauczyły się nią handlować lepiej niż niejeden bank.
Posag zniknął z przepisów, ale nie z myślenia. Wciąż obracamy nim na rynku emocji, ambicji i aspiracji. Patriarchat po prostu zmienił formę płatności — z krów i sreber na followersów i konta bankowe.
