Czytam komentarze pod rolkami i łapię się za głowę
Pamiętam, jak kiedyś częściej udzielałam się na Instagramie. Komentowałam, odpowiadałam, czasem prowokowałam. Szczególnie lubiłam zostawiać swoje trzy grosze pod postami trenerów podrywu – tych wszystkich guru męskości, którzy z miną kastrata wygłaszają prawdy objawione o kobietach. Wystarczyło jedno zdanie nie po ich myśli i już byłam “toksyczna”. Diagnoza postawiona. Zero kontaktu wzrokowego, zero rozmowy, ale gość przeczytał milion książek psychologicznych, więc wie. Wie, że jestem toksyczna, bo on to czuje przez ekran. Certyfikat z Google’a pewnie też już sobie wydrukował.
Nie trzeba dziś być terapeutą, żeby wystawiać ludziom diagnozy. Wystarczy kilka rolek, parę podcastów, jeden Jordan Peterson i gotowe. Wirtualne stetoskopy poszły w ruch. Nie zdążysz napisać komentarza, a już ci schizofrenię przypiszą, depresję potwierdzą i osobowość borderline wyrysują na podstawie zdjęcia profilowego. Tak, zdarzyło mi się. Napisałam kiedyś, że przeszłość faceta mnie nie interesuje, a pod innym postem – po przemyśleniu – stwierdziłam, że jednak nie chciałabym się zarazić wenerem. Efekt? Rozpoznanie psychiatryczne made in komentarze. „Schizofrenia!” – wykrzyknęli zgodnie chłopcy z klubu wzajemnej adoracji.
Zauważyłam jeszcze coś ciekawego. Niektórzy ludzie śledzą komentarze z większym zapałem niż same treści. Rolki to tylko pretekst – prawdziwa akcja dzieje się niżej. Przeglądają kto co napisał, komu odpowiedział, jaką ma fotkę. Czasem mam wrażenie, że w ten sposób poznają kobiety. Na serio. Komentarze jako nowe Tindery. A że ja nie flirtuję, tylko piszę, co myślę – to od razu mam przypiętą łatkę. „Chce zwrócić uwagę!” – krzyczą. No cóż, może po prostu mam coś do powiedzenia?
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że kiedy piszę komentarz, to kieruję go do autora rolki, nie do jego fanów. Ale to właśnie oni czują się zobowiązani, żeby mi odpisać. Chyba mają taką funkcję – obrona publiczna. Jakby dostali plakietki: „Strażnik przekonań mistrza”. Nieważne, że nie on ich o to prosił. Oni wiedzą lepiej.
I nie, nie jestem typem depresyjnym. Ale miałam ciężkie przejścia i wiem jedno – czasem po prostu nie wstajesz. Nie dlatego, że nie chcesz, ale dlatego, że nie możesz. Nie masz siły. Ciało nie reaguje, myśli nie lecą. I w takich chwilach antydepresant to nie wstyd, tylko ratunek. Nawet jeśli wcześniej byłaś lwicą, która wszystko ogarnia. Więc zanim kolejny domorosły diagnosta rzuci hasłem o "słabej psychice", niech przeczyta ulotkę symli – leku, który w pewnych przypadkach może nasilić objawy depresji. I niech się zamknie.
Social media to dziś teatr pozorów. Każdy ma maskę, filtr, narrację. Mało kto mówi prawdę. A młodzi to chłoną. Chłoną jak gąbka, bo jeszcze nie wiedzą, że nie wszystko, co wygląda na mądre, ma sens. Że nie każdy, kto mówi głośno i pewnie, ma rację. Dlatego piszę. Piszę nie tylko dlatego, że spełniam swoje marzenie o byciu felietonistką. Piszę, bo chcę coś przekazać. Pomóc, jeśli się da. A jeśli przy okazji komuś się to dobrze czyta – to pięknie. Dwie pieczenie na jednym ogniu. I żadna nie jest spalona.
