Nie czuję, więc wygrywam – jak empatia przestała się opłacać

Czy bycie wrażliwym to dziś słabość? Felieton o tym, dlaczego psychopatia coraz lepiej radzi sobie w świecie ludzi przeładowanych emocjami.

Empatia od zawsze była czymś, co uważaliśmy za wartość. Kojarzyła się z dojrzałością, z człowieczeństwem, ze świadomością. Mówiono o niej w kontekście relacji, przywództwa, a ostatnio także w biznesie. Miała być przewagą – i była, dopóki świat nie przyspieszył tak bardzo, że zwyczajnie przestało się opłacać cokolwiek czuć.

Nie chodzi o to, że ludzie nagle stali się źli. Po prostu wrażliwość przestała pasować do systemu. Czas na przeżywanie, analizowanie emocji czy rozumienie drugiej strony, to dziś luksus. Luksus, na który coraz mniej osób może sobie pozwolić. W pracy oczekuje się konkretu, skuteczności i odporności psychicznej. W relacjach – szybkiego kontaktu, ale bez „dramatów”. W mediach społecznościowych – zwięzłości, siły przekazu i mocnej tezy. Empatia nie mieści się w żadnym z tych formatów.

Zaczęliśmy traktować uczucia jak coś, co wypada mieć, ale tylko prywatnie. Publicznie trzeba być twardym, sprawczym i natychmiastowym. Coraz więcej osób, które jeszcze kilka lat temu czuły wszystko zbyt mocno, dziś nauczyło się wyłączać. Nie dlatego, że tego chcieli – tylko dlatego, że świat przestał ich za to nagradzać.

Nieprzeżywanie stało się strategią przetrwania. Im mniej się angażujesz, tym mniej boli. Im mniej czujesz, tym mniej cię zatrzymuje. Im mniej współodczuwasz, tym więcej rzeczy jesteś w stanie wykonać „na zimno”. Psychopatia – ta funkcjonalna, nie kliniczna – zaczęła być postrzegana jako użyteczny model działania. Bez zbędnych refleksji, bez emocjonalnych strat, bez brania odpowiedzialności za cudze stany. Tylko zadanie, efekt i wynik.

W tym sensie, wielu młodych ludzi wręcz nieświadomie programuje się dziś na psychopatów. Nie rodzą się nimi, ale uczą się działać w trybie emocjonalnego odcięcia, bo właśnie taki model najlepiej radzi sobie w rzeczywistości, która nie daje czasu na przeżywanie. To nie jest wybór, tylko mechanizm obronny.

To nie znaczy, że empatia zniknęła. Ale zeszła do podziemia. Przestała być widoczna, bo okazała się zbyt kosztowna. A że nie przynosi szybkiego zysku – została odsunięta. W korporacjach rządzą KPI i timeboxy. W komunikacji – algorytmy. W relacjach – lęk przed nadmiarem. Empatyczny człowiek jest zbyt wolny, zbyt skomplikowany i zbyt… wymagający.

W efekcie coraz więcej młodych ludzi wchodzi w dorosłość z przekonaniem, że emocje to balast. Że trzeba je opanować, ukryć lub spieniężyć. Jeśli już mówić o uczuciach – to z odpowiednim brandingiem. Estetycznie, bezpiecznie, z filtrem. Wszystko inne zostanie uznane za „rozchwianie” lub „wrażliwość, która przeszkadza”.

Problem w tym, że człowiek, który przez dłuższy czas udaje obojętność, w końcu sam zaczyna wierzyć, że nic nie czuje. I wtedy przestaje się bać nie tylko tego, co go spotka. Przestaje też rozumieć innych. Przestaje reagować, gdy komuś obok dzieje się krzywda. Nie z wyrachowania, ale z braku impulsu. Bo żeby zareagować, trzeba coś poczuć. A tego coraz częściej brakuje.

Empatia nie zniknie. Ale stanie się produktem luksusowym. Dostępnym tylko dla tych, którzy mają czas i przestrzeń, by sobie na nią pozwolić. Wszystkim pozostałym zostanie funkcjonalna obojętność. Tylko że od świata złożonego z ludzi nieczujących – do świata niebezpiecznego jest bardzo krótka droga.

Młoda kobieta o poważnym, zamyślonym wyrazie twarzy siedzi przy oknie w naturalnym świetle. Na obrazie widoczny jest tytuł: „Nie czuję, więc wygrywam”.