Kiedy „pół roku planowania na kawę” nie jest romantyzmem, tylko sygnałem ostrzegawczym
Memy lubią proste historie: jeden mężczyzna przez pół roku „zbiera się” na zaproszenie kobiety na kawę, drugi w siedem minut okrada Luwr. Niby dwa światy, niby dwie skrajności. A kobieta ma niby wybierać: stabilny marzyciel czy impulsywny zdobywca?
Problem w tym, że to nie są realne typy ludzi. To są typy zachowań, które pojawiają się w relacjach — i często prowadzą nas na manowce.
Bo „pół roku planowania kawy” bardzo rzadko oznacza nieśmiałość. Częściej oznacza, że zaproszenie… nie było priorytetem. Nie dlatego, że mężczyzna jest zły, cyniczny czy wyrachowany. Po prostu nie traktował sytuacji jako czegoś, w co trzeba zainwestować energię — tak samo, jak kobiety czasem nie traktują poważnie zaproszeń, które ich nie przekonują.
Ktoś kiedyś opowiadał historię z pracy: kolega z zespołu przez kilka tygodni zagadywał, żartował, rzucał aluzje o „kiedyś pójdziemy na kawę”. Brzmiało jak subtelne budowanie czegoś na spokojnie.
A potem na imprezę firmową przyszedł z kimś innym.
Nie dlatego, że „tacy są wszyscy mężczyźni”.
Dlatego, że tacy są niektórzy ludzie — kiedy nie wiedzą, czego chcą, trzymają kilka otwartych wątków naraz. Jedni robią to nieświadomie, inni celowo, jeszcze inni po prostu nie myślą o tym, że takie przeciąganie może kogoś zranić.
I dokładnie tak samo zdarza się po drugiej stronie. Zdarza się, że kobiety też „zostawiają sobie opcję” i wracają tylko wtedy, kiedy przypadkiem reszta kalendarza się sypnie. To nie jest kwestia płci. To jest kwestia charakteru, dojrzałości i intencji.
Dlatego mem o romantycznym nieśmiałym, co pół roku dojrzewa do cappuccino, mija się z prawdą. Bo problem nie polega na tym, kim on jest, tylko na tym, jak się zachowuje.
I warto to widzieć jasno, zanim zaczniemy doszukiwać się w takich sytuacjach metafizyki albo opowieści o wielkiej odwadze.
