Gospodarczy Red Bull: dlaczego więcej pieniędzy to za mało

Już wyjaśniam – bez coachingu i bez ekonomicznego bełkotu.

„Stymulowanie konsumpcji” to eleganckie określenie na prostą rzecz: daj ludziom więcej pieniędzy, a więcej wydadzą. A jak więcej wydadzą, to ktoś inny więcej zarobi. I ten ktoś też będzie miał z czego wydawać. I tak kręci się gospodarcza karuzela.

Wyobraź sobie: pani Zosia z Biedronki dostaje podwyżkę, bo rząd podniósł minimalną krajową. Co robi Zosia? Nie chowa tych pieniędzy do skarpety. Kupuje dziecku lepsze buty, zamawia pizzę raz w miesiącu, może nawet zapisze się na fryzjera. Ktoś te buty produkuje. Ktoś piecze pizzę. Ktoś strzyże. Zyskują inni ludzie. Więcej pracy, więcej dochodów, więcej podatków. Państwo się cieszy, bo kasa płynie.

Ale uwaga: to działa tylko wtedy, gdy gospodarka nie jest zadłużona po uszy, a inflacja nie gryzie po kostkach. Bo jeśli podniesiesz ludziom pensje, ale jednocześnie wszystko drożeje szybciej niż te pensje – to nikomu nie poprawiasz życia. Po prostu przesuwasz granicę przetrwania. Za miesiąc znowu nie będzie wystarczać.

Więc to „stymulowanie konsumpcji” to nie jest złota metoda na dobrobyt. To bardziej taki gospodarczy Red Bull – daje szybkiego kopa, ale nie rozwiązuje fundamentalnych problemów. Takich jak: niskie inwestycje. Słabe usługi publiczne. Brak wsparcia dla najmniejszych firm. Zapaść edukacyjna. I – co najważniejsze – wyczerpani pracownicy, którzy już nie mają siły, żeby się „rozwijać”.

Bo ludziom nie potrzeba zastrzyku gotówki. Potrzeba im sensu. Stabilności. Przewidywalności. Ceny, która nie rośnie w nocy. Lekarza, który odbiera telefon. Mieszkania, na które nie trzeba zapożyczać się na trzy pokolenia.

A tego nie załatwi się przez podwyższenie płacy minimalnej i nadzieję, że wszystko się jakoś kręci. Kręci się – ale wokół własnej osi.

Ile można żyć z zastrzyków?


Biały tekst w wersalikach na tle ciemnoczerwonego gradientu: „Gospodarczy Red Bull nie leczy – tylko oszukuje organizm”; minimalistyczna grafika o mocnym wydźwięku społecznym.