Drugi dzień w pracy i już rządzi światem. O biurowych dominatorach, którzy wchodzą jak burza
Wszystko było zaplanowane. Dwa miesiące pracy, dokumentacja przeczytana, procesy przygotowane, warsztaty rozpisane. I nagle — wtorek o dziesiątej rano — pojawia się ona. Nowa postać w projekcie. Zero przedstawienia, zero kontekstu, za to bardzo dużo… obecności. A konkretnie: dominacji.
To jest ten typ osoby, która wchodzi do pokoju i zanim zdąży powiedzieć „dzień dobry”, już zdąży zmienić układ mebli, politykę firmy i sens Twojej roli. Zresztą nie mówi „dzień dobry”, bo musi najpierw wywrzeć wrażenie. Najlepiej chłodem arktycznym i spojrzeniem, które mówi: „Tak, wiem lepiej, chociaż nie wiem jeszcze, o co pytam”.
Pierwszy dzień. Drugi dzień. „To mój drugi dzień w pracy” staje się magiczną wymówką na wszystko — od chaosu po zablokowanie każdego zadania, które miało szansę ruszyć do przodu. Drugi dzień, ale już pełne prawo do zatrzymania miesiąca planów, zanegowania poprzednich ustaleń i ogłoszenia, że od teraz „sprawdzamy wszystko z IBM Carbon”. Cokolwiek to znaczy w jej wersji.
Nie wiem, czy bardziej urzeka mnie sposób, w jaki ignoruje dokumentację, czy sposób, w jaki udaje, że ta dokumentacja w ogóle nie istnieje. Jakby to wszystko było tylko dekoracją do jej wielkiego wejścia. A może przeszkodą — kto wie.
Ale najciekawsze jest tempo. We wtorek jeszcze nie wie, co się dzieje, a w środę już wie, co należy wyrzucić. Gwałtowne ruchy. Nagłe decyzje. Tak jakby ktoś powiedział jej: „Masz dobę, żeby przejąć projekt”. I ona to potraktowała śmiertelnie poważnie.
Kiedy pytasz o cokolwiek, odpowiedzi nie ma. Kiedy próbujesz pracować, praca jest wstrzymywana. Kiedy próbujesz ustalić priorytety, dowiadujesz się, że priorytetem jest… jej kontrola. Nie rozwój projektu, nie logika produktu, tylko jej osobista potrzeba „bycia ponad”.
To nie jest wdrożenie. To jest przejęcie terenu.
I och, tak — to się czuje. W kościach, w żołądku, w tym mikrodrżeniu nerwu, kiedy na Slacku pojawia się jej imię. Instynkt nie jest tu melodramatem. Instynkt mówi: „tu będzie tylko gorzej”. I ma rację. Bo takie osoby nie potrzebują miesiąca, żeby zrujnować proces. One potrzebują… jednej prezentacji.
A zespół patrzy i milczy. A Ty patrzysz i myślisz: to nie jest dla mnie. I masz rację. To nie jest środowisko pracy — to jest teatr dominacji.
Puenta?
W życiu zawodowym można wiele rzeczy zaakceptować. Chaotyczne projekty, opóźnienia, zmiany. Ale jednego nie warto tolerować: ludzi, którzy wchodzą z energią „detonatora”, a próbują udawać architektów. Bo jak ktoś zaczyna od wywrócenia stołu, to nie dlatego, że chce grać lepiej. Tylko dlatego, że chce grać sam.
