Kiedy brak chemii zamienia się w farsę. O wymówkach, które brzmią gorzej niż prawda
Są takie randki, które powinny zakończyć się prostym zdaniem: „Dzięki za spotkanie, ale nic z tego nie wyjdzie.”
Ale ludzie rzadko wybierają prostą drogę. Bo prosta droga wymaga odwagi, a z odwagą bywa u nas jak z porannym bieganiem — piękna w teorii, kula w praktyce.
Ostatnio natknęłam się na historię, która jest podręcznikowym przykładem tego, jak bardzo potrafimy komplikować rzeczy, które nie wymagają żadnej komplikacji.
Ona — nazwijmy ją „Julia” — wyszła z randki tak nagle, jakby ktoś odpalił alarm przeciwpożarowy. On — zdezorientowany, ale kulturalny — dopytuje, czy wszystko w porządku. A ona zaczyna opowieść, która jest tak absurdalna, że trudno powstrzymać uniesienie brwi.
Problem numer jeden?
To, że on ma 178 centymetrów.
Według niej to „poniżej średniej”, więc „powinien uprzedzić”. Jakby wzrost działał w trybie „ważnych ostrzeżeń systemowych”, obok alergii na gluten i informacji o stanie cywilnym.
A gdy chłopak — całkiem słusznie — dopytuje, skąd ta matematyczna teoria alternatywna, pada jeszcze perełka:
„No takie rzeczy się mówi, jakbym była na wózku, to też chciałbyś wiedzieć.”
I tu kończy się logika, a zaczyna czysta desperacja. Bo ta rozmowa nie ma nic wspólnego z wzrostem.
Wzrost to tylko zasłona dymna. Pretekst. Podpórka pod brak odwagi, żeby powiedzieć prosto: „Nie spodobałeś mi się.”
Tyle. Koniec historii. Koniec kłopotu.
Ale nie, bo gdy brakuje chemii, często zaczynamy produkować wymówki tak pokrętne, że nawet fizyka kwantowa nie chciałaby się z nimi utożsamiać.
I zanim ktoś uzna, że to kolejny felieton o „babskich wymysłach”, uspokajam: mężczyźni wymiatają w tej konkurencji równie celnie.
Panowie mają pełną paletę swoich własnych cudów:
- „Muszę skupić się na sobie.”
- „To nie ty, to ja — pracuję nad energią.”
- „Nie jestem gotowy na coś poważnego… ale spotkajmy się jutro.”
- „Zniknąłem, bo miałem trudny czas (od wtorku do piątku).”
- „Był vibe, ale księżyc w retrogradacji.”
Wszystko po to, żeby nie powiedzieć: „Po prostu nie czuję tego.”
To zabawne (i trochę smutne), że jako ludzie wolimy wyglądać dziwnie, nawet niepoważnie, byle nie przyznać, że nie czujemy chemii. Jakby szczerość była jakąś brutalną operacją bez znieczulenia.
A przecież szczere „nie” jest zawsze bardziej eleganckie niż wymówka, która obraża inteligencję obojga.
Bo odmówić można dobrze.
Tak, żeby nie palić mostów, nie ranić i — co najważniejsze — nie zostawiać po sobie poczucia absurdu.
Wystarczy jedno krótkie zdanie:
„Miło było Cię poznać, ale nie czuję tego.”
Zero dramatów. Zero chorób w rodzinie. Zero „średniej krajowej wzrostu”.
Ale tak długo, jak będziemy bać się tej jednej chwili dyskomfortu, tak długo będziemy oglądać sytuacje, w których dorosła osoba porównuje 178 cm do wózka inwalidzkiego, żeby tylko nie powiedzieć tego, co powinna była powiedzieć na miejscu:
„Przepraszam, ale ja już pójdę. To nie to.”
W sumie… uczciwie, krótko i z klasą. I bez matematyki wyższej, której nikt nie potrzebował.
