Sukces to nie trauma. I nie teatr.
Na zajęciach, na które chodziłam, wykładowcy mówili jedno: ludzie myślą, że sukces to gładka linia. Tymczasem to bardziej jak kłębek kabli poplątany z resztkami taśmy pakowej, wyrwanym routerem i starą listą zakupów. I to wszystko ktoś wrzucił ci na plecy, mówiąc: „No to leć!”.
Ale co mnie naprawdę drażni, to ta nowa moda na demonizowanie sukcesu. Jakby każda życiowa choroba, każdy dramat i każde pęknięcie psychiki musiało być potwierdzeniem, że się rozwijasz. Że „coś osiągnęłaś”, skoro tyle cię to kosztowało.
A może po prostu zachorowałaś. Albo miałeś pecha. Albo twoja biologia postanowiła zagrać na nosie wszystkim planom. Nie każda rana jest ceną. Czasem to po prostu życie. Czasem ktoś miał anemię od urodzenia i jakoś nie traktuje tego jako symbolicznej daniny za przyszłe osiągnięcia. Bo niby za co? Za spacer z psem?
Rozwój osobisty ma fatalny PR. Wcisnęliśmy go w coachingowe farmazony o przekraczaniu granic, a potem ludzie wracają z rozwalonym czołem i przewracają oczami na sam dźwięk słowa „rozwój”. Tymczasem to nie musi być spektakularne. Czasem to po prostu nieoglądanie głupot w telewizji. Przeczytanie czegoś. Pogadanie z kimś. Spacer z psem, 10 km dziennie. Kurs zawodowy. Dokument na Netflixie. Czas dla siebie. Tyle.
Nie każdy rozwój jest dramatem, i nie każda choroba to waluta. A już na pewno nie każdy „sukces” wymaga medialnej kampanii wokół własnych ran.
Bo sukces — ten prawdziwy — nie musi być ani traumą, ani teatrem. Nie musi być oparty na żalu, krwi i cierpieniu wystawionym na sprzedaż. Rory Vaden, człowiek od skutecznej komunikacji i strategii, nie zrobił kariery opowiadając, ile kosztował go każdy krok. On pokazał, jak mądrze i systematycznie te kroki stawiać. Bez rozdzierania szat. Bez zbierania lajków na bliznach.
I to jest może mniej widowiskowe, ale dużo bardziej wartościowe. I zdrowsze.
